Myoshu A. Jędrzejewska

CZEGO SPODZIEWAĆ SIĘ PO BUDDYZMIE, CZYLI JAK DZIAŁA DHARMA.

Na podstawie swych blisko trzydziestoletnich doświadczeń w pracy z buddystami Zachodu, odnoszę nieprzeparte wrażenie, że największą trudnością w transmitowaniu Dharmy Buddy jest nie tyle kwestia dosłowności czy symbolika przekładów orientalnych inskrypcji, ale stan umysłów pragnących studiować i praktykować buddyzm przedstawicieli cywilizacji i kultury Zachodu.
Nawet najpilniejsi buddyści naszej cywilizacji bronią zaciekle swego indywidualnego podejścia do Nauk, selektywnie akceptując fragmenty jednej lub nawet kilku tradycji buddyjskich, a rezygnując z mniej im "pasujących" treści.
Większości tak czyniących umyka tu prosta prawda, że żeby dotrzeć gdzieś do celu, trzeba odbyć całą drogę, a nie jedynie wybrane wygodniejsze jej fragmenty.
Ogromna dominacja intelektualnego rozważania czyni zachodnich buddystów bezwiednymi czcicielami własnego ego, (komu bowiem coś tam pasuje czy nie pasuje, jak nie naszemu ego?). Dzieje się to w imię tzw. zaufania do własnego rozumu i silnego przywiązania do własnego punktu widzenia. Choć tacy buddyści odwołują się do rozsądku, stają się nielogiczni w tym miejscu. Jak bowiem można zrealizować świadomość nie-ego, (co jest głównym celem buddyzmu) opierając się jedynie na cenzurowanych przez ego materiałach i wskazówkach?
Kultura Zachodu jest pełna proklamacji o samorealizacji, pełna wręcz strachu przed utrata własnego zdania, własnej pozycji, nieustannie określająca każdego, wyróżniająca każdego z masy ludzkości nazwiskami, imionami, numerami identyfikacyjnymi wszelkiego rodzaju. Rodzimy się już przypisani komuś i gdzieś, określeni w tej kulturze i tak umieramy. Gdybyśmy utracili swe nazwisko i numery identyfikacyjne, chyba przestalibyśmy istnieć w naszej własnej świadomości, choć stale jeszcze bylibyśmy fizycznie żywi.
Buddyjska Prawda o Współzależnym Powiązaniu Wszystkiego ze Sobą realizuje się w kulturze Zachodu jakby poprzez świadomość braku tożsamości, gdy brak nam odróżnienia od innych. Mamy poczucie spełnienia, gdy inni nam to poczucie przyznają, gdy inni nas podziwiają, czy nam zazdroszczą. Nieustannie przeglądamy się w oczach tych innych i żyjemy nieustannym wysiłkiem przedstawiania się z naszej najlepszej (niekoniecznie prawdziwej) strony. Udając przed innymi, w końcu zaczynamy udawać i przed sobą. "Czy te oczy mogą kłamać?" - "Czemu nie?"
W krajach Zachodu buddyzm jest najczęściej traktowany jako rodzaj autoterapii, jako środek do poprawienia sobie oceny w oczach ludzi, z którymi się stykamy. Chcemy zdobyć coś, co ma nam dać przewagę, coś, co wyforuje nas przed innych ludzi. Może to być jakaś "magiczna" ochrona Buddów przed niechcianymi przez nas wydarzeniami. Może to być jakiś rytuał magicznie sprawiający, że spełniają się nasze najskrytsze życzenia w trybie "stoliczku nakryj się". Jakaś szybka droga "na skróty" umożliwiająca nam zapewnienie sobie czegoś, czego zwykłą pracą nie udaje nam się osiągnąć.
Buddyści Zachodu nie są raczej adeptami myślącymi nieustannie o swych przyszłych wcieleniach. Pragnący dobrego życia po śmierci uczęszczają najczęściej do chrześcijańskich kościołów. Zachodni buddyści nie wydają się też poświęcać za wiele uwagi studiom nad Prawem Karmy. Z reguły zdają się raczej na intuicję i chętnie uprawiają praktyki, w których emocjonalnie, energetycznie czują się dobrze. Nie tyle trzymają w umyśle ideał oświecenia, ile mają całkiem konkretne przyziemne wyobrażenia tego, co winna ich zdaniem przynieść im konkretna praktyka (np. Uczynić ich bezkarnie jeżdżącymi szybciej niż dozwolono. Pomóc im szybko zrobić pieniądze. Pomóc w karierze. Uzdrowić ich lub ich bliskich. Zapewnić wieczną młodość i urodę. Czy wreszcie po prostu zredukować ich samsaryczną neurozę do znośnego poziomu...).
Owszem, wiedzą o karmie, o przemijaniu, o warunkach, ale wolą wierzyć, że warunki kształtujące ich od nie mającego początku czasu można zmienić po prostu policzalnymi godzinami siedzenia w medytacji, mantrowania czy innymi bardzo wymiernymi i niezbyt wyczerpującymi praktykami. Wyobrażają sobie, że zmiana ich karmy polega na odmianie świata wokół nich, że zmienią nastawienie ludzi do siebie, a oni zostaną tacy, jacy są ze swoimi wyobrażeniami, nadziejami, marzeniami, potrzebami, przywiązaniami itd.
Jeśli coś nie idzie tak, jak się spodziewają, gorączkowo zaczynają rozmyślać nad przyczyną niepowodzenia. Przyczyna dla nich nigdy nie leży przecież w nich samych. Są głęboko przekonani, że robią, co należy - praktykują. Wiec? Albo z Dharmą jest coś nie tak, albo nauczyciel jest nieodpowiedni, bo nic się nie dzieje, czy wręcz dzieje się źle.
To jest "finał" większości praktykujących buddyzm na Zachodzie.
Jest zdumiewającym, jak bardzo ludzie ceniący nade wszystko intelekt i wybierający sobie praktykę religijną, kierując się własnym rozsądkiem i rozumem faktycznie odwołują się faktycznie do magii, spodziewając się łatwych profitów za niewielki wysiłek. Ludzie wychowani w czci dla nauki nagle niechętnie uczą się Dharmy, ignorując całe bogactwo doktryn i faktyczną głębię autentycznych przekazów.
Buddyzm jednak to nie zaklęcia szamańskie przywołujące przysłowiowy deszcz. To jest głęboka Nauka o przekroczeniu możliwości ludzkiego intelektu, o empirycznym doznawaniu Świata i Życia poprzez uzyskanie kosmicznej buddyjskiej perspektywy. Prawo Karmy to wielka wiedza, której zasady umysł ludzki jest w stanie wprawdzie przyswoić, ale której żaden człowiek nie jest w stanie kontrolować. Budda też nie kontroluje, nie zmienia Prawa Karmy. Budda po prostu zna wszystkie konsekwencje każdej czynności, więc wybiera jedynie te, które dają oczekiwane przezeń skutki.
Każdy buddysta na samym wstępie winien pogodzić się z faktem, że celem praktyki jest nie zmiana świata wokół niego, czy ulepszanie innych ludzi. On praktykuje, by samemu poddać się zmianie, transformacji w człowieka zupełnie innej niż dotychczas jakości. Winien też mieć świadomość, że oczekiwane przeobrażenie jego umysłu wymaga wysiłku i rzeczywistych aktywności w tym dokładnie świecie - wymaga tym większej pracy, im większa ma być ta odmiana, jakiej pragniemy ulec.
Jeśli pamięta się, że taki jest właśnie cel, człowiekowi jest łatwiej porzucić swe poczucie racji, czy braku racji, uznając to za bezprzedmiotowe rozważania czy bezcelowy upór. Każda ludzka racja jest racją względną, jest grą ego, kalkulacyjnym targiem uprawianym przez intelekt (hakarai). Gdy się o tym pamięta, łatwiej porzuca się dotychczasowe poglądy i uczy się poglądów Buddy. Właśnie: UCZY SIĘ!
Każdy praktykujący, który jedynie lub głównie pracuje z energiami na poziomie podświadomym przez wykonywanie tylko praktyk formalnych, a nie odbywa wnikliwych studiów nad doktryną, znajduje się w końcu w konflikcie z Dharmą. Rezygnując ze studiów i konsultacji doświadczonego nauczyciela, buddysta taki narażony jest na rozumowe, kalkulujące odrzucanie efektów praktyk formalnych, gdyż to one powodują jego niepokój, poczucie zagubienia czy wręcz zagrożenia, "atakując" odczucia ego. Tak praktykujący usiłuje wtedy zamiast douczyć się, wyszukać jakąś możliwie prostą przyczynę swego złego samopoczucia i lokalizuje ją z reguły na zewnątrz siebie.
To nie on jest winien, że samowolnie "okroił" sobie praktyki, by mu "pasowały". Nie on jest winien, że nie nauczył się prawidłowej dedykacji tychże praktyk powodowany ego-motywacją. Jeśli czegoś nie rozumie, to nie przychodzi mu do głowy, że rozwój umysłu polega na tym, by poprzez usilne starania zrozumieć to, co było kiedyś niezrozumiałe. Nie zastanawia go to, że przecież buddyzm jest doktryną o złudzeniowym tylko istnieniu własnego ja (ego) i że winien dążyć do rozbicia tego złudzenia. Rozbicie takie wszak nie może nastąpić pod kontrolą ego, na życzenie ego i według nakreślonego przez ego programu. Tak niefortunnie praktykujący daje się wręcz zabić za udowodnienie, że to ON MA RACJĘ!
W buddyzmie nigdy nie chodzi o pozbawienie człowieka rozumu czy decyzji. Wręcz przeciwnie. Bez wolnej absolutnie woli nie można uzyskać stanu Buddy. Stan Buddy to jest coś, co się wybiera całkowicie świadomie, czyli nauczywszy się uprzednio, co to znaczy. Stan Buddy ma nas uwolnić z niewoli ego-karmy, czyli uwolnić nas z kontrolowania naszego umysłu przez nasze bonno (karmę ignorancji i cierpienia). Wyzwalanie umysłu zawsze ma miejsce poprzez zakwestionowanie swych dotychczasowych kulturowych czy osobniczych przekonań, spostrzeżeń i doświadczeń, w tym i tego, co uważamy za najbardziej słuszne. Prawidłowo praktykujący ma absolutną pewność tylko, co do tego, że stan Buddy jest jedyną autentyczną Rzeczywistością i że wszystko przejawia się zgodnie z Prawem Przyczyny i Skutku.
Jeśli ktoś musi dyskutować zanim jeszcze nauczy się dobrze przedmiotu dyskusji, to lepiej by zapisał się do klubu krasomówców. Czego taki człowiek szuka w buddyzmie? Jak to jest, że tylu skądinąd inteligentnych ludzi zupełnie jakby nie zauważało, ile wysiłku każdy licencjonowany nauczyciel buddyzmu wkłada w przyswojenie sobie doktryny. Buddyzmu trzeba się UCZYĆ tak, jak się człowiek uczy fizyki, chemii czy matematyki, by móc praktykować tak, jak się rozwiązuje zadania z fizyki, chemii czy matematyki. Praktyką wyzwalającą nas z przysłowiowych sideł samsary jest przecież nasze życie - to, co robimy, mówimy, czym zapełniamy nasz umysł. Praktyki formalne pomagają zgłębić treści, których już dobrze się nauczymy. Ale żadna praktyka nie zastępuje studiów. Trzeba mieć, CO zgłębiać. Nie można przecież pływać bez zanurzenia się w wodzie. Ośmioraka Szlachetna Ścieżka zaleca nam prawidłowe postępowanie w myśli, mowie i uczynkach. Trzeba by najpierw, więc dociec, co i w jakich warunkach mamy uznać za prawidłowe. Tu na wyobrażenia nie ma miejsca.
Podstawową zasadą jest "kroczenie Drogą do Wyzwolenia na dwu nogach." Jedna "noga" to studia nad doktryna. Druga "noga" to praca z energiami, czyli praktyki formalne.
Inaczej wpada się w duże kłopoty. Ci, którzy jedynie studiują zaniedbując prace z energiami często są nieszczęśliwi z powodu rozlicznych zasadzek własnego intelektu i nie odkrywają prawdziwej, pozaintelektualnej głębi Przekazu. Ci zaś, co się nie uczą, stają się niekontrolowanie emocjonalni i dopuszczają się czynów karmicznie negatywnych powodowani ignorancją. Z nich to rekrutują się demony.
Z tych a nie innych powodów Sakyamuni ustanowił wspólnoty zakonne, w których obowiązywała ścisła równowaga pomiędzy praktykami formalnymi i nauczaniem teorii. Zanim Budda uczył medytować, wygłosił słynne pierwsze kazanie o Czterech Szlachetnych Prawdach. Czyli taka jest kolejność.
Prawo Karmy mówi, że żeby cokolwiek zaistniało, muszą być spełnione 4 warunki w następującej kolejności:
1) Trzeba mieć prawidłowy pogląd na temat tego, co życzymy, by się stało;
2) trzeba mieć prawidłowy pogląd na temat sposobu, w jaki może zaistnieć spodziewana przez nas rzecz czy rezultat;
3) trzeba podjąć prawidłowe działania zgodne z punktami 1 i 2 samemu lub skłonić do tych działań kogoś;
4) trzeba przez cały proces stawania się tej rzeczy afirmować emocjonalnie zarówno samą ideę jak i sposób jej materializacji na tym świecie.
Tego najpierw i dokładnie należy się nauczyć odnośnie naszych w końcu złożonych warunków życiowych, zanim zaczniemy sobie cokolwiek planować. Czyli, jeśli faktycznie zależy nam na oświeceniu, trzeba by się dowiedzieć dokładnie, CO TO JEST oświecenie, a nie snuć na ten temat własne fantazje. Sposób na osiągnięcie oświecenia - to jest doktryna każdej z tradycji buddyjskiej - cała doktryna jest tym sposobem. Uczenie się tylko fragmentów, czy praktykowanie fragmentów nie da oczekiwanego rezultatu. Wątpliwości i roztrząsanie przez krytyczne a niedouczone ego fragmentów doktryny kasuje warunek czwarty Prawa Karmy i w miejsce oświecenia mamy pomieszanie jedynie.
Jest rzeczą oczywistą, że od pierwszego czytania czy słuchania nawet nie zapamiętujemy wszystkiego, nie mówiąc już o dogłębnym przyswojeniu. Powtarzanie jest matką studiowania. Powtarzanie pogłębiane praktyką formalną w końcu doprowadza nasz umysł do otwarcia na rozumienie pozaintelektualne, które jest TYM właściwym sposobem pojmowania Dharmy (jak głosi Nagarjuna).
Intelektualnie pojmowanie "Trzecim Okiem" nie może zaistnieć, gdy brakuje substratu do porównań. Gdy brakuje materiału do szlachetnej obróbki. Brylant powstaje wskutek szlifowania diamentu.
Jodo Shinshu przywiązuje ogromną wagę, by każdy z akredytowanych w japońskiej świątyni kapłanów miał wykształcenie na poziomie magisterium z doktryny. Każdy z kapłanów ślubuje też, że nie będzie nauczał niczego niezgodnego z doktryną. I nikt tego nie robi. Różnice pomiędzy poszczególnymi kapłanami wykładającymi Dharme (około 10% wyświeconych jedynie decyduje się na nauczanie Dharmy, co świadczy o bardzo krytycznej ocenie samych siebie przez kapłanów Jodo Shinshu) dotyczą jedynie stylu wykładania, strategii wykładu, poziomu, na jakim wykładowca decyduje się wykładać danemu audytorium - czyli różnice mogą dotyczyć jedynie metodyki, a nie meritum, nie doktryny. Nie istnieje możliwość, by kapłan Jodo Shinshu w pełni wyświęcony przez Honganji wykładał coś innego niż obowiązująca doktryna.
Nie istnieje, więc żadna możliwość oddzielania kapłana Jodo Shinshu od doktryny Jodo Shinshu czy Honganji. To jest "Jedność w Trzech Aspektach":
1) doktrynalnym,
2) instytucjonalnym,
3) działającym bezpośrednio wśród ludzi.
Doktryna Jodo Shinshu naucza bezwarunkowego poddania swego hakarai, czyli poczucia słuszności. Nie można poddać ego bezpośrednio Amidzie, jeśli nie umie się rozwinąć samadhi. Poddawanie się zaś swemu punktowi widzenia nie uwolni nas z samsary.
Honganji za Shinranem naucza, że każdy jest winien wdzięczność jedynie swym nauczycielom, bowiem już przez sam fakt, że usiłują nas czegoś nauczyć, czyli podzielić się częścią, tą najcenniejszą, siebie samych, są tej wdzięczności zawsze warci. Uczenie kogoś Dharmy jest jedną z najmniej egocentrycznych aktywności. Chrystus użył dla nauczania Dharmy takiego dramatycznego symbolu jak komunia - oddawanie własnego ciała jako posiłku. Jak Ondoksan głosi, nie ma jak odpłacić się tak naprawdę tym, którzy przekazują nam Nauki.
Każdy przekaz buddyjski uważa więc atak na nauczyciela (mentalny, słowny czy fizyczny) za czyn równy zabijaniu Buddy, a Wielka Sutra Czystej Krainy głosi, że osoby dopuszczające się takich czynów (czyli jednego z pięciu Wykroczeń Śmiertelnych) są wyłączone spod opieki Buddów.
Shinran w KyoGyoShinSho zauważył, że Amida nie wyłącza definitywnie ze Swego Współczucia nikogo, ale każdy dopuszczający się "Wykroczenia Śmiertelnego" winien zdać sobie w pełni sprawę z tego, co uczynił, żałować tego głęboko i starać się jak tylko najlepiej potrafi, naprawić szkody. Nawet według Shinrana jednak, który jest najbardziej współczującym interpretatorem sutr (inne tradycje buddyjskie posyłają oszczerców Dharmy do piekieł na czas wieczności równy), człowiek taki ma jednak bardzo niewielka szansę zaakceptowania prawdziwej Dharmy i to najczęściej dopiero pod koniec życia. Jego rozpasane "Śmiertelnym Wykroczeniem" ego wiedzie go, bowiem po bezdrożach życia z jednego błędu w drugi, co raz dalej od Dharmy.
Uwzględniając warunki polskie (niezwykle silne ego z historycznym ewenementem liberum veto, pogardą dla autorytetów wynikającą z dużej chciwości i zazdrości motywowanych zaniżonym ocenianiem zalet innych ludzi przy notorycznym niedocenianiu własnych braków i wad, niechęć do realizowania się poprzez pracę, przy chęci imponowania swymi osiągnięciami, umiłowanie zabaw i wakacji, które stają się bardziej celem życia niż rekreacyjną przerwą, czyli po prostu - lenistwo) buddyzm jest naprawdę właściwą religią dla garstki Polaków jedynie.
Warto pamiętać, że za udzielenie tylko jednej błędnej wypowiedzi dotyczącej Dharmy mnich Zen odrodził się jako lis! Wszystko, co ma związek z Dharmą ma szalenie pozytywnie i negatywnie silne konsekwencje karmiczne. Nie warto, więc misjonować buddyzmu w Polsce. Jest tu za duży poziom ignorancji, arogancji, a pokora, która jest kamieniem węgielnym tradycji Jodo Shinshu jest raczej w Polsce prawie nieznana.
Ci adepci, którzy autentycznie pragną praktykować Nembutsu i autentycznie chcą doświadczyć Tariki, winni jednak pamiętać, że muszą mieć się gdzie i od kogo uczyć. Amida zawsze jest do końca z każdym, kto się Tariki, czyli Amidzie, czyli Hongan powierza. Nauczyciel-kapłan jest manifestacją (cielesną realizacją) Amidy, Tariki, Hongan - właśnie. Ten, komu wydaje się, że ma jakieś własne mądrości lepsze od Amidy czy nauczyciela i nie zamierza tych "mądrości" poddać, by rozpuściły się w Nembutsu pokory, lepiej jednak zrobi, gdy uświadomi sobie, że nie jest on człowiekiem Nembutsu i że winien raczej poszukać sobie innej religii.
Zawsze pamiętajcie, że celem praktyki Nembutsu jest samo refleksja, nie oceny innych! Nasze własne ego, nasze bono jedynie jest przedmiotem uszlachetniającej nas obróbki. To nasz umysł jedynie jest przedmiotem naszych wglądów i ocen, a nie bonno innych. Wykładana Dharma, nauczyciel i Sangha mają nam pomóc w uporaniu się z naszymi własnymi wadami, przeszkodami na Drodze, wytwarzając odpowiednie środowisko.
"Mącenie" tego środowiska poprzez agresywne dyskusje zawsze z konieczności niekompetentne, a zrodzone przez negatywne emocje, Rennyo zaliczył również do wykroczenia równego zabijaniu Buddy. Kompetentny buddysta nigdy nie robi afer, zamieszania, nie oskarża nikogo, ani nie ma pretensji. Rozumie, bowiem przyczyny i skutki.
To warto zawsze pamiętać!

Warszawa. Ho-onko 31 grudnia, 2002