Sensei Myoshu A.Jędrzejewska

bomori Jodo Shinshu świątyni Korinji, należącej do Nishi Honganji.

 

Piotr Gordon: Jak do tego doszło, że doświadczasz Shinjin? Czy jako dziecko byłaś religijna?

Agnieszka Jędrzejewska: Ja byłam, że tak powiem, bezbożna, dlatego że mnie tak negatywnie nastawiła nauka religii. Mama mnie przeniosła ze szkoły katolickiej do świeckiej, żebym nie miała konfliktów z probosz-czami.

PG Na jakim tle miałaś konflikty?

AJ No, na takim podstawowym, na przykład ksiądz mówił, że jak Bóg daje dzieci, to daje i na dzieci, a ja powiedziałam, że to głupota. Stale pytałam: "A dlaczego Bóg karze ludzi, skoro stworzył nas takimi, jakimi jesteśmy?" Tego nie mogłam zaakceptować. Byłam za logiczna. Potem żyłam sobie spokojnie jako ateistka w 'bezbożnej' szkole, którą skończyłam z wyboru, a nie z przymusu. W szkole 'komunistycznej', ku wstydowi całego tego domu, gdzie mieszkałam. To było dla nich straszne, bo mój ojciec był byłym fabrykantem, wszyscy wiedzieli, jak go bolszewicy wykończyli, a dziecko posłał do tej 'czerwonej' szkoły. No, ale ja byłam zadowolona, więc i rodzice też byli zadowoleni.

Kiedy już byłam na studiach, potrącił mnie samochód i podczas tego wypadku miałam doświad-czenie wyjścia z ciała. Widziałam swoje ciało na dole i tak myślałam: " To ja chyba umieram", ale nie byłam z tego powodu przerażona. Myślę sobie: "Jakie to głupie, że się człowiek tyle zajmuje tym ciałem, podczas gdy wcale nie jest ciałem". A potem: "Ojej, ja tam muszę z powrotem wra-cać", no i wróciłam do tego ciała. I to zapamiętałam. Potem ukierunkowałam się na badanie mózgu, ponieważ koniecznie chciałam się zorientować, o co tutaj chodzi. Już na studiach przesz-łam na neurologię. [...] Przede wszystkim interesowała mnie moja praca badawcza, chciałam siebie odkryć w tej pracy. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że ja się nie odkryję i koniec. Że są limitacje, że jest też tam dużo picu na wodę. Że nawet jak chcesz coś robić, to masz ograniczenia, a to finansowe, a to ludzie nie rozumieją, co robisz albo co mówisz. Więc w końcu powiedziałam: "W ogóle nie wiem, po co ja żyję". I w tym momencie zaczęłam sobie uświadamiać, że przecież ja o czymś zapomniałam. Coś mnie zaczęło męczyć. Co to jest? Ja muszę się dowiedzieć, o czym ja zapomniałam. Ja coś przeoczyłam, coś jest nie tak. Kiedyś tak sobie usiadłam i powiedziałam: "No niechże mi coś pomoże!". I wtedy miałam doznanie mistyczne. Otoczyła mnie jakaś ogromna potęga. Mnie się oczy rozwarły i myślę: co to jest właściwie? A potem przyszła zaraz taka refleksja: ja to znam, to o tym zapomniałam. I pomyślałam sobie: "Taka jestem przyćmiona, że nawet nie wiem, jak tu się zwracać". I usłyszałam całkiem na głos: "To się nie zwracaj". Ja mówię: "No dobrze, no to co ja mam teraz zrobić, muszę sobie przypomnieć". A TO: "Uhum". "No to co ja mam teraz zrobić?". A TO mówi: "Ja ci pomogę", i to coś mnie tak usadziło na podłodze. Ja sobie usiadłam, oczy miałam szeroko otwarte i wtedy zobaczyłam swoje życie, potem poprzednie, potem poprzednie. Byłam tym bardzo zafascynowana. Miałam wtedy sześć tygodni zaległego urlopu, to rozwiozłam dzieci do dziadków i zostałam sama z sobą na te sześć tygodni i popatrzyłam sobie dokładnie!

PG Kiedy to było?

AJ Dość dawno, jeszcze pracowałam na Bielanach... Blisko dwadzieścia lat temu. Ja wtedy tego nie łączyłam z Buddą, nie łączyłam z niczym.

PG Nie interesowałaś się wtedy jeszcze buddyzmem?

AJ Nie, zupełnie! Tylko coś mi pomogło, no i To coś się objawiło. W ogóle zaufanie miałam tylko do Tego czegoś. Jeśli tylko czegoś nie wiedziałam, to się skupiałam: zaraz, zaraz, ja to powinnam zobaczyć - i widziałam. Potem zaczęłam się bardzo zmieniać. Zaczęłam podejmować niecodzien-ne decyzje. Zrozumiałam, że TO mi może najbardziej pomóc w prawidłowej decyzji, że podejmuję decyzje, które są dla mnie korzystne i na które nie mogłabym się sama zdobyć. Bo 'rozumowo' one były dziwne. Samo mi odpadło palenie, bo ja paliłam przedtem. Tylko raz usiadłam i przestałam palić. W ogóle nie mogłam. Potem przestałam jeść mięso, ale po pół roku z powrotem zaczęłam jeść. Ja się nad tym nie zastanawiałam, ja tego nie analizowałam. Okazało się, że umiem siedzieć w medytacji. Wiesz, jakie to trudne na początku dla kogoś, kto nigdy przedtem nie siedział. Powin-no mnie wszystko boleć, a tu siedzę i nic.

Trzy miesiące później spotkałam pewną Rosjankę. Ona mi zaczęła opowiadać o buddyzmie i to było dla mnie takie znajome. Ale jak mnie zaprowadziła do swojego nauczyciela, to ja mówię: "Wiesz, ja chyba nie jestem buddystką". Rozumowo stawiałam duży opór. W ogóle czułam opór przed kulturą Wschodu, nie wiem dlaczego. Ja chciałam zostać ze sobą, nie chciałam do żadnej grupy. Ale ona przychodziła do mnie i dzięki niej sobie dużo przypomniałam z buddyzmu tybetańskiego jako rzecz oczywistą.

PG A przedtem nie czytałaś nic na ten temat?

AJ Nic, w ogóle mnie to nie interesowało. Mnie interesowały moje komórki. Po jakimś czasie, nie pamiętam dokładnie, po kilku miesiącach, ta Rosjanka powiedziała: "A wiesz, spotkałam na imieni-nach takiego człowieka, który mówił mi, że powstała w Polsce sekta Buddy Amidy. Może byś

poszła i zobaczyła tego człowieka?" No i ja tam poszłam, człowiek był byle jaki, ale powiedział mi: "Namu Amida Butsu" i nagle ja zrozumiałam - TO, co mi pomaga, to się właśnie tak nazywa. Ja to sama odkrywałam, nie podążałam za żadnymi książkami. TO się TAK nazywa! I tak się bardzo ucieszyłam! Bez przerwy mi to Imię chodziło po głowie. Ja wtedy zrobiłam szalony postęp, na tym Imieniu pojechałam jak na torpedzie. I przestałam się bać. Przypomniałam sobie różne praktyki wykonywane w poprzednich żywotach. [...]

*

PG Czy są różne poziomy oświecenia, jakieś etapy?

AJ Tak, jest dziesięć poziomów. Pierwszy jest dość mętny. Jest to poziom, w którym masz jakiś przebłysk. To jest to, do czego ludzie dochodzą najczęściej i potem wchłania ich samsara. Dlaczego ich najczęściej wchłania? Dlatego że nie praktykują wystarczająco. To uczucie szczęścia i rozszerzenia świadomości jest tak duże, że wydaje im się wystarczające. W tym momencie zaczynają albo nauczać, albo w inny sposób się tym cieszyć, a to doświadczenie zostaje w nich jako pamięć, ale nie pracuje wiecznie. I oni po prostu dokonują coraz więcej wyborów samsarycznych. W pierwszej chwili wiedzą, że powinno się zrobić jeszcze to i to. Ale taki człowiek nie jest jeszcze oczyszczony z "chcę-nie chcę, lubię-nie lubię", więc mówi: "Ale ja tego nie lubię". Cieszy się swoim doznaniem, bo odczuwa wielkią radość z tego kontaktu z Buddą, a mimo to mówi: "Ale ja jeszcze zjem to ciastko, które lubię", i on sobie to ciastko zjada. I po każdym zjedzeniu takiego ciastka coraz bardziej przytłumia mu się ten kontakt. Wie, że miał kontakt, i wydaje mu się, że zawsze może do tego kontaktu wrócić, ale w pewnym momencie porywa go rzeka samsary. To jest "choroba" większości nauczycieli buddyzmu na Zachodzie. Na początku mają oni poczucie szczęścia i poczucie aktywności jak wszyscy ludzie Zachodu. Zachód to kraina gniewnych bogów, chcą działać, wobec tego zakładają wielkie sangi, uczą. I rzeczywiś-cie, jak uczą tych ludzi, to mają przebłysk bodhiczitta, czyli współczującego umysłu. Widzą, że ci ludzie są tacy głupi, że przecież tak samo mogą doznać tego, czego oni doznali. Zaczynają z bardzo dobrego poziomu. Tylko te ich sangi składają się też z gniewnych bogów i ci bogowie są wymagający. Chcą coraz więcej, coraz więcej, żeby nauczyciel coraz więcej powiedział, więc ten nauczyciel nie ma czasu na swoją praktykę. To są gniewni bogowie, więc kłócą się między sobą, dziewczyny chcą z nim spać, a faceci się na niego gniewają. Na początku on usiłuje robić swoje praktyki, ale tu ma jakiś program, tam musi pojechać... i nie ma czasu się zregenerować, nie ma czasu na ponowne uzyskanie tego kontaktu. Po pewnym czasie zaczyna myśleć: "ja", i to jest

ta pułapka, w którą wpada, zaczyna robić błędy. On to zrobił właściwie z dobrego serca, dlatego że chciał ludziom pomóc.

*

PG Wróćmy do niebezpieczeństw czyhających na tych, którzy osiągnęli pierwszy stopień oświecenia.

AJ Porywa ich samsara, po prostu dlatego, że mają bardzo dużo związków z samsarą, to znaczy emocjonalnie są przywarci do ludzi, do zdarzeń, do okoliczności. I oni przy tym pierwszym

przebłysku oświecenia nabierają chęci poprawy tego wszystkiego. To jest całkowicie normalne i tym się ten stopień charakteryzuje. W związku z tym wdają się w wiele aktywności, które mają przybliżyć innym ludziom oświecenie. Tylko że w tym jest taka pułapka, że my oczywiście możemy głosić, że tak powiem, te prawdy o oświeceniu, ale nie jesteśmy w stanie wpływać na to, jak inni ludzie będą te prawdy odbierali. Tylko od nich zależy, czy zaakceptują je, czy nie, czy będą chcieli pójść dalej. Taki nauczyciel zaczyna coś głosić i w pewnym momencie orientuje się, że na począt-ku ludzie byli tym zainteresowani, a potem zaczynają zgłaszać różne zastrzeżenia, zaczynają dys-kutować to, co on mówi. Jak zaczynają dyskutować, to on stara się przybliżyć im te wszystkie prawdy, no bo na tym polega komunikacja międzyludzka. To pochłania bardzo dużo czasu, efekty tego są nieduże, co powoduje frustrację nauczyciela, wobec czego on najczęściej robi coraz wię-cej. Coraz lepiej tłumaczy, coraz więcej czasu spędza z ludźmi i w tym momencie jego kontakt z oświeceniem zaczyna się spłycać, dlatego że doba ma 24 godziny, każdy ma określoną ilość energii i jeżeli ją wydatkuje na wyperswadowanie komuś, jak wygląda prawda, a ten człowiek jest ślepy...

PG Ale ci ludzie garną się do tych nauk.

AJ No, garną się, ale to garnięcie to jest zupełnie co innego. Jest ono najczęściej wynikiem zainteresowania czymś nowym albo wynikiem frustracji, w jakiej przebywa konkretny człowiek. Ci ludzie, którzy przychodzą do nauczycieli z pierwszym przebłyskiem oświecenia, są po prostu sfrustrowani, co tu dużo mówić. I przychodzą w zasadzie po to, aby im pomóc, jak do lekarza. Oni sami z siebie wnoszą bardzo niewiele. I, co gorsza, nie są tak naprawdę zainteresowani pracą nad sobą, tylko chcą, żeby ten nauczyciel coś z nimi zrobił, tak jak lekarz. A dobry lekarz wie, że jeżeli pacjent nie współpracuje, to nie ma terapii. Bo ten pacjent powinien umieć się obserwować, dyskutować z lekarzem, nabywać jakiejś wiedzy o sobie, to wtedy razem z lekarzem do czegoś dochodzą. Natomiast kiedy przychodzi pacjent, który chce, żeby ten lekarz odprawił nad nim cud, to jest to taka typowa chrześcijańska postawa. Dlatego bioenergoterapeuci są tacy słynni, bo ludzie wierzą, że wystarczy, że on położy ręce - nawet nie chodzi o wynik, chodzi tylko o to, żeby on, ten pacjent, sam nie musiał nic robić. I zarówno fizycznie, jak psychicznie jest to samo - ja mam problem, a ty jesteś nauczycielem i jesteś od tego, żebyś coś zrobił z moim problemem.

PG Tak, ludzie rzadko słuchają wskazówek, co powinni zrobić.

AJ To jest, po pierwsze, za trudne, po drugie, to ONI mają to zrobić, czyli to jest w ogóle niedob-rze, a po trzecie oni nie chcą czegoś tam zaniechać, nie chcą nad sobą pracować. Spotykając takiego nauczyciela, mają nadzieję, po czym się rozczarowują. To jest normalne, bo on nie może zrobić tego cudu. Nikt nie może, Budda też nie może. Byli tacy, którzy chcieli, żeby Budda zrobił cud, a On nie robił cudów, bo człowiek musi sam to wszystko zrobić. Z rozwojem duchowym jest jak z rośnięciem rośliny. Możesz tej roślinie wszystko przygotować - glebę, nawóz i tak dalej, ale to ona musi wykiełkować i się rozwijać. I po pewnym czasie ten nauczyciel zaczyna odbierać wro-gość tych, którymi się opiekuje. To powoduje z kolei jego frustrację. Jeśli jest przytomny, to zaprzestanie tych kontaktów z ludźmi, na przykład zredukuje je, ucieknie w swoją praktykę, bo w tym momencie on ma problem ze sobą. On odbiera agresję, chce tę agresję przełamać, najczęś-ciej wdaje się w dyskusje, to znaczy wciąga go samsara; on próbuje udowodnić, że ma rację. A to już jest pierwszy krok do porażki. Bo nieważne, czy on ma rację, czy nie ma racji, bo tu nie ma żadnej racji. Jest tylko koegzystencja dwóch poziomów umysłu, z grubsza biorąc, poziomu ucznia i poziomu nauczyciela. Jeśli nauczyciel jest naprawdę przygotowany, to widzi tę różnicę i widzi, że on uczniom tą drogą nie może pomóc. Może pomóc im w inny sposób, przede wszystkim pomoże im, jeśli sam będzie praktykował. Wtedy w praktyce dostanie wskazówki, co on może zrobić. Czy pomoże wszystkim uczniom? - nie, pomoże tylko tym, którzy to 'kupią'. Dlatego że on nie może pomóc światu. Może pomóc tym, którzy mają z nim taki związek karmiczny, że mu zaufają, będą wiedzieli, że on praktykuje i że jego wskazówki są dobre.

Grozi mu jeszcze jedno - ponieważ uczniowie są głupsi od niego, pojawia się w nim poczucie wyższości. A w momencie kiedy to uczucie się pojawi, to jest drugi krok do klęski. Dlatego że to nie jest problem 'lepszy' czy 'gorszy', mądrzejszy czy głupszy. Od psa się można nauczyć, od kota się uczę, to jest bardzo ważne, że od wszystkiego można się nauczyć, jeżeli ma się odpowiednio

otwarty umysł. To nie chodzi o pokorę ani o skromność, ale chodzi o prawdziwą mądrość. Prawdziwa mądrość czyni możliwym, że ty odpowiednie sygnały odbierasz zewsząd.